Strona zrobiona w kreatorze stron internetowych WebWave.

Prawa autorskie dotyczące treści © 2021 Magdalena Świerczek-Gryboś

14 maja 2021

Misterium greckie

Jeżeli można stworzyć grecką tragedię w wynaturzonej przyszłości, o walce z własnymi demonami, to właśnie to zrobiła Magdalena Kucenty - o ile wszystko nie jest tylko symulacją.

W tej książce nie chodzi o fabułę, która by "po bożemu", prostolinijnie i schematycznie szła do celu; to podwójne, potrójne osobowości, rodzeństwa połączone z sobą nie tyle krwią, co ciałem, duszą czy przeznaczeniem, mogą nam powiedzieć wszystko o tej historii, i nie każdy odbiorca będzie w stanie dotrzeć do sedna.

Osobiście cenię sobie takie opowieści, bo cenię sobie, gdy mogę obcować z czymś niepospolitym, nieprzeznaczonym dla wszystkich, i choć widzę w niej mankamenty, nie brakuje jej najtrudniejszej i najrzadszej rzeczy: mieszanki intymności, szczerości i odwagi w kreacji. Zodiaki. Genokracja są jak wrota, przez które można zajrzeć do nietypowego umysłu i niepowtarzalnego przekazu. Będą narzekać na tę książkę ci, którzy zobaczą jedynie scenografię, a nie zainteresuje ich, że cała akcja dzieje się pod deskami teatru. I mają do tego prawo, bo mają prawo oczekiwać od powieści przejrzystej, jasnej akcji i uporządkowanej kompozycji. Ja akurat lubię bawienie się zasadami i mam nadzieję, że oczekiwania tych, którzy chcą wtłoczyć autorów w pewien umiłowany schemat, nie zabiją w autorce jedynej godnej zachowania i nieoszlifowania rzeczy, jaką można mieć w pisaniu, a przy której warsztat to tylko proteza, bez niej za to wydmuszka: oryginalności.

Malunki na jej ciele, wibrujący głos i kocie ruchy. Pył kosmiczny we włosach, supernowy na piersiach, galaktyki między udami. Oczy jak dwie czarne dziury. Przed nią trójnóg z misą na łańcuchu. Pod spodem palenisko. Garść kryształów w dłoni. Plusk i obłok srebrzystej mgły. Przepowiednie jak migające gwiazdy.

A przecież dla wielbicieli "prawilnej" budowy świata, wszystkie informacje podane są jak trzeba, choć nie na tacy i nie na początku.

On i reszta rodzeństwa nie zaistnieliby, gdyby nie lawina nieszczęść, które dotknęły ludzkość przed latami: epidemia mutacyjna, zwana Pandorą, ciąg krwawych wojen, zwany Maratonem, i upadek cywilizacji, których nazwy zostały już zapomniane. Kiedy liczba populacji drastycznie spadła, rządy największych mocarstw rozpoczęły bezwzględne eksperymenty z udziałem człowieka. Krótko mówiąc, desperacja zawładnęła gatunkiem ludzkim, a wszelkie rozterki moralne poszły w odstawkę. Wiwisekcje zmutowanych nieszczęśników stały się codziennością i mało kto się temu sprzeciwiał. Wielu nie wiedziało lub nie chciało wiedzieć. Śmierć obiektów eksperymentalnych była jedynie kroplą w morzu trupów, a czyste sumienie stało się luksusem, na który mogli sobie pozwolić tylko martwi.

Opór wobec Innego

Zahaczmy o mankamenty. Akcja nabiera płynności daleko po dwusetnej stronie; zdarzają się literówki; autorka nadużywa tych samych konstrukcji (i słowa "istny"); dialogi wypadają sztucznie, ale ich teatralność jest do wybronienia, może wynikać z samej natury antycznego przedstawienia, tudzież eksperymentowania z "cofnij", by znaleźć najbardziej widowiskowe, a wcale nie naturalne wypowiedzi. Być może brakło redaktorskiego oka, by trochę uspokoić ten sztorm, jakim jest opowieść, i pozwolić nieco łatwiej przepłynąć przez treść. Są to jednak rzeczy, które finalnie nie rażą, które nie są clue dla sprawy. Trochę już w życiu widziałam i nie mam zamiaru skupiać się przy książkowym debiucie na absolutnym panowaniu nad kompozycją, a tym bardziej oczekiwać, że autor będzie pilnował redaktora czy wydawcy (który, swoją drogą, wykonał fenomenalną robotę pod względem promocji, a do tego okładka – cud!), gdy zacznie go mielić machina wydawnicza, nieczuła na jego specyfikę. Autor może się "wycwanić" jedynie z czasem i doświadczeniami, tak by balansować na krawędzi oryginalności i kanonu, bycia sobą i bycia chodliwym. I nie uda się to każdemu, a też nie wszystkim będzie w ogóle na tym zależało. Nie w tym rzecz.

Atutem, przytłaczającym i w ten sposób jedynym (wszystko inne stoi w jego cieniu) opowieści są Zodiaki – i też tytuł oraz okładka w żaden sposób nie czarują nas, że miałoby być inaczej. Zodiaki są eksperymentami, są chore i stłamszone, ale nie odbieramy ich w ten sposób. Bo to one, dziwne, inne, osobliwe, odbierające świat nietypowo i w niezwykły sposób ze sobą związane, przykuwają do opowieści. Wciągają nas pod ciemną, choć wcale nie nieprzejrzystą wodę i pokazują, że one potrafią pod nią oddychać, że to ich świat. Autorka oswaja czytelnika z innością, z jaką rzadko ma do czynienia: z innością dualizmu psychicznego, półdusz, trójosobowości, nieograniczonej wieloosobowości; zaburzeniami, które są dla "normalnych" egzotyczne, bo całe wieki spychano zaburzonych w cień. Mamy być w pojedynkę i możliwi do kontrolowania. Pisałam ostatnio o tym, że mamy w obrębie swojego gatunku neuroplemiona, i że ludzie ze spektrum autyzmu są takim neuroplemieniem: nie chorzy, nie genialni, nie głupi – zwyczajni w obrębie swojego plemienia. Autorka ukazała bardzo zróżnicowane "plemię" deformantów, genokratów, Zodiaków; dla mnie schizofreniczne, dwu-, trzybiegunowe, autystyczne, psychotyczne; uczyniła głównymi bohaterami postacie o osobowościach wygnanych z kanonu, i zrobiła to w taki sposób, że trudno jej nie wierzyć. Fabuła Zodiaków nie może być schematyczna, a kompozycja idealna, ponieważ bohaterowie nie są z takiego świata; rwana, szarpana, skokowa akcja ukazuje ich umysły i skomplikowane relacje. Ukazuje inny świat. Być może dało się zapanować nad tym do stopnia zadowalającego przeciętnego odbiorcę – pytanie po co. To nie jest przeciętna książka i naprawdę nie musi jej udawać.

 

Bogini Hare

Nie da się ukryć, że Hare – szalona, nadprogramowa siostra, której być może wcale nie ma albo jest jej jeszcze więcej – będzie czytelnika hipnotyzować najbardziej ze wszystkich, choćby nie do końca zdawał sobie z tego sprawę; Hare jest bowiem według mnie ucieleśnieniem cząstki zamordowanej w nas podczas socjalizacji, wtłaczania w społeczeństwo, role i kulturę. Jest czystym chaosem, ale nie bezosobowym; zazwyczaj chaos ukazywany jest całościowo, niekonkretnie, mgliście, jako pewien zbiór idei romansujący z najwyższą ideą zła. Hare to indywidualna cząstka chaosu, czegoś absolutnie normalnego w człowieku – maleńkim żyjątku idealnie oddającym w swej naturze prawidła kosmosu. Uczy się nas głodzić tę cząstkę, słusznie, bo nie istnieje społeczeństwo, które uniosłoby jej dokarmianie; gdybyśmy żyli w izolacji, moglibyśmy ją karmić. Zodiaki mogą "być sobą", bo w dużym stopniu są wyizolowane, a ich kontakt ze światem niemal zawsze źle się kończy – nie przez podły charakter Zodiaków, po prostu świat nie jest pod nich skrojony, materia styka się z antymaterią i powstaje rozpróżnia.

Zauważmy, że świat nieco się zmienia, i więcej mówi się o tych, którzy odstają. Bada się ich, pozwala znaleźć sobie trochę miejsca w społeczeństwie, ostrożnie, powoli, z wkodowanym oczekiwaniem wypełznięcia z nich niekontrolowanego chaosu, jaki sobie wyobrażamy, gdy myślimy o tym, że rozum, a raczej jego idea, w czyimś przypadku nie działa, nie da się go wkodować w schemat. Osoby "zaburzone" zazwyczaj doświadczają w życiu znacznie większej izolacji niż reszta społeczeństwa, przede wszystkim izolacji emocjonalnej i psychicznej, bo wkładają maski, unikają innych czy milczą, gdyż ich słowa nie wpasują się w dyskurs. Dokładnie takie są Zodiaki i taka też jest sama książka. Jest inna. Czytanie na tony jakiegoś kanonu i schematu owszem, karmi mózg lubiący powtórzenia, ale go nie rozwija i nie otwiera.

Dlatego alternatywny tytuł dla recenzji to zabij nas, Hare. Hare jest impulsywna, śmiertelnie niebezpieczna, ale wcale nie nieprzewidywalna. Można śmiało założyć, że jeśli podejdziemy do lektury z konkretnie skrojonymi oczekiwaniami, Hare poderżnie nam gardło po niewielkiej liczbie stron. Lepiej będzie rzucić jej wyzwanie i pozbyć się oczekiwań. Niech Hare przekłuje bańkę. Każdy gdzieś tam w głębi nosi potrzebę skrojenia świata pod siebie, pozostania ostatnim, dominującym, z paroma ukochanymi podwładnymi do uwielbienia (lub zapłodnienia). To lemowski samolubny gen, najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. To Hare.

Jestem Rybami i chroniącym je Zającem. Jestem młodym drzewem i starą kobietą. Jestem córkami i własną matką. Niewolnikiem i ciemiężycielem. Nie jestem herosem, lecz noszę w sobie pierwiastek boski. Nie odbieram, nie wysyłam, po prostu jestem.

 

Zaklinacze czasu

Czas, jako iluzja i zagadka, jest społecznie pomijany, tzn. traktowany jako oczywiste zjawisko, choć mało kto potrafi odpowiedzieć na pytanie, co to jest. Okej, każdy potrafi zarysować mgliście upływ czasu na podstawie starzenia, ale sam czas? Jeśli ktoś zna się na gwiazdach, zacznie nawiązywać do czasoprzestrzeni i mierzenia odległości; jeśli lubi poetyzować, będzie sięgał do sztuki po ratunek. Natura czasu jest częściowo nieuchwytna, ponieważ jego podział to tylko atrapa; mamy o nim wykluczające się informacje. Dlatego eksperymenty z czasem, mieszanie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości zawsze są w cenie, zawsze stanowią bardzo dobry eksperyment myślowy dla umysłu. Zaglądnięcie w przeszłość czy w przyszłość jest tylko zmianą spojrzenia, z punktowego w całościowe; bohaterowie Zodiaków są wręcz stworzeni do tego, by przełamywać narrację podziału czasu.

Czy byłeś kiedyś w innych zakresach, Capri? Sam kiedyś cofnąłem się o dwa i pół tysiąca lat i stworzyłem jedną linię. Uratowałem w niej człowieka, który umarł. Wróć. U nas dziesiątki religii nie powstały, bo przedwcześnie zabiła go choroba. Świat się nie odmienił... Cofnij, źle. Tamten świat się odmienił... Raczej tamten był... Będzie? Nie, nie. Jest inny. Ani lepszy, ani gorszy. Równie podły. Ale inny.

W książce pojawia się manipulowanie czasem na różne sposoby. Niektórzy są poza czasem, inni nim sterują, kolejni mają w niego nieograniczony wgląd, a jeszcze inni potrafią perfekcyjnie przeprowadzać symulacje, bo to "biologiczne komputery". To, w jaki sposób to robią: czy za pomocą wszczepów, czy też dlatego, że wszystko jest symulacją, czy też oni są genetycznie dalej od nas – nie ma znaczenia. Znaczenie mają obszary pobudzane w mózgu, gdy zechcemy się zabawić w "cofnij".

Zaletą książki jest także to, że nie próbuje ukazywać całego procesu przemian, jakie musiały nastąpić, by mogła powstać zastana technologia czy bioinżynieria; istotne jest tu i teraz, naturalizujące daną rzeczywistość i umieszczone w niej konstrukty. To sprawia, że możemy oderwać ten świat od realnego; pozostaje powiązany jedynie z antykiem, przenosząc go na grunt przyszłościowy. To kolejny wdzięczny eksperyment myślowy.

 

Zodiaki są światem z potencjałem, ale przyjmę na równi tak rozwijanie go, jak i porzucenie. Wszak symulacje są po to, by próbować.

8/10

 

Profil autorski Magdaleny Kucenty

 

Dwuświat niekontrolowany albo zabij nas, Hare. Recenzja "Zodiaków"

.

.