28 sierpnia 2020
Rozważam ostatnio czynniki pchające odbiorców i twórców do utworów postapokaliptycznych, jak i  te pchające miłośników miejskiej eksploracji do wspinania się na  grożące zawaleniem ruiny.
Poczytałam sobie trochę prac badawczych i wybrałam przystępny cytat (lekko okrojony) z tekstu Pawła Gąski o wdzięcznym tytule "Historia rozwoju konwencji postapokaliptycznej jako odbicie lęków kultury zachodniej".
 
Autor podkreśla, że to postęp generuje lęk (wskutek którego powstają wizje postapo) poprzez nieustający wzrost ryzyka samego istnienia.
Era industrialna zrodziła wspólnoty posiadające środki do samozagłady, świadome ich posiadania. Tę nową fazę zmian Ulrich Beck określa mianem „modernizacji refleksyjnej”, czyli takiej, w której społeczeństwo uważnie przygląda się swoim działaniom.
 
 
Mamy więc na krótko upojone rozwojem społeczeństwo przemysłowe, przekształcone następnie w znękane lękiem przed utratą (dotyczącym konsekwencji środowiskowych, nuklearnych, SI, technologicznych, kosmicznych, epidemicznych i tak dalej) społeczeństwo ryzyka.
 
Przejście od społeczeństwa przemysłowego do społeczeństwa ryzyka łączy się również z zanikiem dawnych form zmniejszania poczucia zagrożenia. Płynąca z religii i tradycji pewność odeszła wraz z narastającą sekularyzacją społeczeństw. Nauka, starająca się wypełnić powstałe luki wizją dobrobytu technologicznego, straciła wiele z aury władzy, jaką się kiedyś otaczała, co częściowo wynika z rozczarowania korzyściami, jakie wraz z technologią miała rzekomo przynieść ludzkości. Jej narracja nadal nadaje się do ostrzegania, nie jest już jednak dość przekonująca, żeby ludzi uspokoić.
 
Nauka nie odgrodziła nas od nędzy i bólu biologicznego trwania w chaotycznej rzeczywistości, nie zaserwowała cudownych rozwiązań minimalizujących ryzyko. Dalej mamy głód, wojnę, pandemie, cierpienie, zbrodnie przeciwko ludzkości, śmierć w każdym wieku i na każdym szczeblu hierarchii. Nie mamy żadnej władzy nad istnieniem. Do czego więc wracamy po pociechę?
 
 
Tę rolę spełnia sztuka, która może dowolnie kształtować fikcyjne historie. Celem utworów PA wydaje się rozegranie budzącego lęk scenariusza w celu osłabienia jego wpływu. To, co nieznane, rozrasta się w wyobraźni do olbrzymich rozmiarów, zaś poznanie przedmiotu lęku ogranicza strach do uchwytnej wielkości.
Postapokalipsy wykorzystują ten mechanizm: pokazując zrujnowane światy, pozwalają odbiorcy doświadczyć ich z bezpiecznego miejsca własnego fotela. Nie jest to równoważne z rzeczywistym przeżyciem kataklizmu, jednakże wystarczy, żeby osłabić związany z zagrożeniem niepokój.
 
Postapokalipsy, jak i zresztą ogółem fantastyka naukowa, o której niedługo opublikuję tutaj artykuł, mają więc obok wielu innych  także wpływ terapeutyczny. Wydaje się, że włóczenie się po opuszczonych miejscach spełnia podobne zadanie; zawsze łączy się z wzbudzaniem poczucia zagrożenia, przyjemności, oswojenia i ulgi jednocześnie. A krajobrazy zagłady to przecież nie jedyne "terapie": oglądanie (na ekranie, przez szybę auta) trupów, analizowanie drastycznych zbrodni, fantazjowanie o używaniu broni i wirtualne rozeznanie w niej oraz powodowanych nią obrażeniach; wiele ze spędzanego wolnego czasu polega na oswajaniu z niedostępnym, niewyobrażalnym, a jak najbardziej realnie istniejącym i zagrażającym OBCYM, jednocześnie tkwiącym w nas jako stały element naszej natury, od której z konieczności odgradzamy się, by żyć wedle aktualnych zasad. Jak kruche jest to, co mamy obecnie, to nam gdzieś puka od spodu, nie daje o sobie zapomnieć mimo starań, i chętnie rzucamy się w objęcia fikcji, by ta świadomość nie była tak straszna, bo o Obcym. Godzimy się przyznać, że Obcy jest, godzimy się ze świadomością, że w nas samych, ale nie chcemy, by przestał być Obcym, a stał nami, bo jesteśmy wszak uspołecznieni i pełni idei. Dlatego też funkcja terapeutyczna nie służy jedynie niwelacji lęku poprzez poznanie, ale także możliwości uzbrojenia się przeciwko zawieszonej, lecz czyhającej na nas rzeczywistości: śmierci, wojnie, chorobie, zniszczeniu, utracie, zezwierzęceniu i tak dalej  temu, czego nie dopuszcza konieczna idealizacja aktu trwania.
 
 
Kontakt z postapo może być więc rodzajem zaawansowanej walki z własnymi słabościami i lękami, czy też słabością własnego gatunku, walki poprzez nierealne spełnienie dręczących fantazji.
 
Wszak postapo jest już PO tym, co czujemy, że nas czeka.

 

 

 

 

Dlaczego postapo jest nam miłe?

.

.

Strona zrobiona w kreatorze stron internetowych WebWave.

Prawa autorskie dotyczące treści © 2020 Magdalena Świerczek-Gryboś